"Skoro uczynek jest z gruntu dobry, to czy traci na wartości tylko dlatego, że ktoś inny też na nim skorzystał?"
Po raz kolejny natykam się na książkę, której streszczenie i rekomendacje nie mają nic wspólnego z treścią. Ciężko mi też określić, czy jestem z tego powodu zła, czy szczęśliwa, ponieważ z jednej strony byłam nastawiona na konkretne elementy, które otrzymam, a z drugiej strony dostałam coś o wiele lepszego z lepszym znaczeniem i przekazem.
,,Farma" to powieść poprowadzona narracją wieloosobową. Poznajemy całą gamę kobiet z całkowicie różnych klas społecznych i z różnymi celami. Przed szereg wysuwa się Jane, młoda matka, która pracowała jako opiekunka do dziecka. Gdy straciła pracę musiała chwycić się brzytwy. Udało jej się przejść selekcję na surogatkę, tym samym trafiając na farmę, w której ma urodzić idealne dziecko dla innej kobiety. Niestety musi tam przestrzegać bardzo rygorystycznych zasad.
Po przeczytaniu streszczenia spodziewałam się czegoś rodem z tych okrutnych dystopii, w których to ludzie, tudzież kobiety, są traktowane jak pionki, ale jak się okazało cała ta "Farma" jest zaledwie tłem tego, co chciała nam przekazać autorka i tego, co można wyciągnąć z książki, więc pomimo rozczarowania nad jednym faktem, jestem zachwycona, że otrzymałam coś wybitniejszego.
Jak na debiut Joanne Ramos książka wypada całkiem dobrze. Przedstawia przede wszystkim wielorasowość - kobiety różnego pochodzenia, które są samotne, nie mają gdzie mieszkać, brakuje im pieniędzy lub mają kogoś na utrzymaniu, muszą imać się każdej pracy i są skłonne do poświęceń. Pisarka miała na celu porównanie tych kobiet z klas wyższych z tymi biedniejszymi, pokazaniem różnic, wyodrębnieniem i pokazaniem jak wielka jest przepaść między nimi. Gdzieś tam pojawia się element wzajemnej pomocy, ale i tak ta pomoc jest mocno zdystansowana.
"Reagan doświadcza niepokojącego wrażenia, że Farma jest niczym więcej jak tylko ruchomą dekoracją stworzoną dla Klientów tkwiących po drugiej stronie linii Doktor Wilde i że piękna fasada skrywa brzydką prawdę. Reagan nie wie jeszcze, na czym ta prawda polega."
Bardzo mnie gryzły 2 elementy w książce. Pierwszy; to że kobiety podpisując umowę z farmą ,,Złociste Dęby" wiedziały na co się piszą, zgłosiły się tam bo potrzebowały zastrzyku gotówki, poznały zasady i fakt, że będą pod całkowitą kontrolą, a mimo to miały pretensje do tego jak są traktowane i że nie mają nic do powiedzenia, dla mnie to jest niezrozumiałe, bo były tam traktowane naprawdę świetnie, ale nie, przecież trzeba było coś odwalić, bo nigdy nie dogodzisz.
Druga rzecz; autorka nie poruszyła tematu instynktu macierzyńskiego, który często kobietom się włącza już w którymś etapie ciąży, a mimo to nic takiego się nie pojawiło, wręcz przeciwnie wszystkie surogatki nie miały problemu z oddaniem dziecka. To właśnie tutaj spodziewałabym się buntu, a nie robienia problemów z mało istotnych rzeczy. W teorii niby wiedziały, że oddadzą, ale serio, żadna nie poczuła instynktu na tyle silnego, że nie chciałaby ochoty oddawać dziecka?
Pod lupę należy też wziąć samą firmę, dzięki temu, że mamy przyjemność czytać też z perspektywy jej właścicielki, można poznać prawdę od kulis, która jak się okazuje już tak dobrze nie wygląda, bo rzeczywiście Mae patrzy na te wszystkie kobiety jak na bydło, które przyniesie jej tylko czysty zysk. Jest egoistyczna, liczy się dla niej tylko biznes, więc czasami nagina nawet własne zasady. Patrzenie na farmę jej oczami rzeczywiście sprawia, że wygląda to źle.
PODSUMOWANIE
Jestem w kropce, nie potrafię do końca stwierdzić czy książka była słaba, czy jednak dobra. Przez swój motyw i cel autorki, który opisała na koniec, historia wypada jak najbardziej na plus, lecz z drugiej strony, bardzo mnie nużyła, zabrakło mi tego czegoś co, sprawia, że książka jest ekscytująca. Akcja względnie spokojna, dramaturgii, której się spodziewałam nie dostałam.
★★★★★☆☆☆☆☆
Wydawnictwo Otwarte / 383 str. / 2019